Konewka

Na szczęście obok ludzi ” kosiarek” są też ludzie „konewki”.

Ludzie „konewki” potrafią słuchać, są empatyczni, dbają o dobre samopoczucie swojego rozmówcy. Używają słów, które wzmacniają. Kiedy trzeba powiedzieć coś ważnego, czy trudnego, robią to w taki sposób, że drugiej osoby nie ranią. Ludzie „konewki” to rzadkość. Taka osoba wśród przyjaciół to prawdziwy skarb.

Cieszę się, że mam bardzo mi bliską, niezwykłą i mądrą kobietę w gronie przyjaciół – moją „konewkę”. W trudnych momentach jest mi pomocą i radą. Rozmowa z pozytywnym, „zdrowym” i silnym człowiekiem o codziennych problemach potrafi wiele zdziałać. Dodaje sił, mobilizuje i pozwala trzeźwiej spojrzeć na sprawę. Konewka nie umniejsza twojego problemu, ale wsłuchuje się w twoje emocje. Podlewa nasiona dobra.

Konewki są na świecie bardzo potrzebne, bo dzięki nim coś z mozołem przebija się przez ziemię- zauważone i podlane wyrośnie szybciej. […] konewki są bardzo atrakcyjnymi ludźmi, więc inni z przyjemnością przebywają w ich towarzystwie.

Kosiarka, to osoba, która „skosi cię ” do wysokości trawnika. Trzeba uważać przy takiej osobie, aby nie weszła w tryb koszenia, to znaczy – nie dostarczać jej paliwa w postaci rozterek, swoich problemów, narzekania na siebie, na swój wygląd, wady itp. kosiarka wtedy odpala i jedzie równo, tak cię skróci, że poczujesz się jeszcze gorzej niż było. Jednym słowem, przy takim spotkaniu – wiej.

Kosiarka czuje się upoważniona do radzenia, pouczania korygowania i przycinania wszystkich do jedynie słusznego wymiaru. Anna Lasoń Zygadlewicz ” Jesteś piękna”

Natomiast z konewką jest na szczęście zupełnie odwrotnie…

Dziękuję Ci za każde słowo Moja Kochana Konewko

Biała flaga

Pokojowej Nagrody Nobla nie dostaniemy ani ja, ani Zajęty Tata. Jednak jest coś, co pomaga w małżeńskich manewrach. Jest to dialog małżeński…

Polega on na tym, że jedna osoba zamyka papę, druga słucha bez komentarzy i odwrotnie. Po wymianie, następuje puenta i reguła, co mamy zrobić, żeby było lepiej. Co miesiąc, jest taki dialog przy świecach i nawet bez powodu. Bywa, że są to fajne randki. Bywa i tak, że jest naprawdę zupełnie przyzwoicie w podsumowaniu. No, ale jak przyjdzie Tsunami, to wiadomo…

Oczywiście byłoby miło, jak podpowiadają poradniki spędzić tylko we dwoje jeden dzień w miesiącu i tydzień w roku. Tyle, że jak to wykonać i gdzie? Moje omyłkowe „travel” w domenie już tak sobie chyba prześmiewczo zostanie. Jesteśmy uziemieni, w przenośni, a może bardziej dosłownie, bo u rolników to kalendarz natury dyktuje pracę. Ponad to dziadków do pomocy brak. Zostaje w pogotowiu niania. Udało nam się wyskoczyć do kina w chwilowym „rozmrożeniu”. Każde tego typu wyjście to oddech. Wiadomo, że sytuacja jest teraz dla wszystkich trudna. Tyle, że u nas to, aż tak wiele się nie zmieniło. Obiecywaliśmy sobie wyskoczyć to tu, to tam na weekend. Przeważenie jest to wrzesień, październik, a tak albo praca albo pogody brak. Przemęczenie. I latka lecą, a spontanu brak. Kiedy już szykowaliśmy się na pierwsze dłuższe niż 4 dni wspólne wakacje latem, zamiast Włoch skończyło się na czeskiej wyprawie rowerowej. Cieszę się i z tego, niemniej większość ludzi regularnie wyjeżdża na dłuższe wakacje, planuje weekendy i to jest prawdziwa odskocznia. Pojedyncze niedziele z dziećmi poza domem są, kiedy gwiazdy nam sprzyjają. Może nawet lepiej jest mieszkać w bloku i być zawsze na wylocie, bez uwiązania. Doceniam ciszę i przyrodę na co dzień, ale gdyby tak oderwać się od ziemi trochę…

Przyjacióła

– Nie mów uhm – mówiłam ci już wczoraj, pamiętasz?

– Uhm…( no, nie znowu).

– Powiedziałaś znowu uhm, kto cię tego nauczył?! – skarży się uroczo moja dwulatka. Odkryłam przy niej, że mam niewybaczalny nawyk mówienia uhm. „No chodź, myślałam, że jeszcze porozmawiamy „- ciągnie mnie za ręce. „No chodź, będziemy się dalej przyjaźnić”- nalega, kiedy odchodzę od zabawy. Moja mała przyjacióła…

Szczególnie w tym tygodniu spędziłyśmy razem dużo czasu. Karmiłyśmy nad stawem kaczkę i jej „koleżankę”, jak określiła ją Hela. Była przekonana, że to nie przyjaciółka, tylko właśnie koleżanka.

Moja mała, rezolutna i kulturalna dziewczynka. – Proszę, to dla ciebie. – Mamusiu, mogę?- Dziękuję. Po kąpieli, kiedy przeczytamy wierszyki i książeczki, prosi: „Daj mi rączkę”. – Nie, chcę zimną (to znaczy odkrytą). I zagarnia mnie całą do siebie. Wczoraj Mikołaj ulepił z ciastoliny śmiesznego, wesołego ludzika, na to ona:

„O , jaki szczęśliwy”. Potrafi też bardzo rzeczowo i konkretnie odpowiedzieć, nie tracąc rezonu.

– Jak pani ma na imię?

– Helenka.

-A jak się pani nazywa?

– Pani Wieloch.

Dziecko radosne, energiczne, rozśpiewane z delikatną naturą, a jednocześnie konkretnym charakterem. I wreszcie zachowała się nasza dama nieobyczajnie, szukając braciszka: – Gdzie on jest? Nie chce się ze mną, gówniarz bawić!”.

Uwielbiam dwulatki i dwulatków. Dzieciaki są wtedy przeurocze. Wyglądają jak aniołki, słodziutko o coś proszą , tulą się jak kociaki i opowiadają śmiesznostki, tudzież coś im się wymsknie…

Nie można im się oprzeć!

Gra o przetrwanie

„Wyobraźcie sobie, że statek pasażerski, którym się wybraliście w rejs zatonął na Morzu Karaibskim, a wy budzicie się na tropikalnej wyspie (Wy – w sensie ty i partner, u mnie czytaj mąż). Robinsona i Piętaszka nigdzie nie widać. Tylko wy przeżyliście katastrofę. Jedno z was jest ranne. Nie macie pojęcia, gdzie jesteście. Podejrzewacie, że jest pewna szansa, że ktoś już wie o zatonięciu statku, ale nie macie co do tego pewności. Zbliża się burza. Musicie zdecydować, czego potrzebujecie, by przeżyć na wyspie jakiś czas i zostać zauważonym przez ratowników. Morze wyrzuciło na plażę wiele przydatnych rzeczy z zatopionego statku, ale możecie unieść tylko dziesięć.

Wykaz przedmiotów ze statku:

  1. Dwie zmiany ubrań, 2. Odbiornik radiowy odbierający fale AM, FM i fale krótkie, 3. Czterdzieści litrów wody, 4. Garnki i naczynia, 5. Zapałki, 6. Łopata, 7. Plecak, 8. Papier toaletowy, 9. Dwa namioty, 10. Dwa śpiwory, 11. Nóż, 12. Mata tratwa ratunkowa z żaglem. 13. Mleczko do opalania z filtrem, 14. Piecyk do gotowania i latarnia, 15. Długa lina. 16. Zestaw walki-talki, 17. Zapas liofilizowanej żywności na tydzień, 18. Jedna zmiana ubrań. 19. Butelka whisky 0,75l. 20.Race świetlne, 21.Kompas, 22. Mapy lotnicze regionu, 23. Strzelba z siedmioma nabojami, 24. 50 opakowań prezerwatyw,25. Apteczka pierwszej pomocy z penicyliną. 26. Zbiornik z tlenem.”

Wybieramy -ja i on. Ciekawostka zupełna. Nigdy nie rozumiem drogi, kiedy tłumaczy mi mąż. Zawsze skupiam się na innych aspektach – ja szczegóły, on ogóły. W sprawach drobnych trudno nam się dogadać, a że drobnicy jest dużo na co dzień, wymiany zdań także. Wszystko jest dobrze, kiedy pomijamy kwestię porządku. Uczciwie trzeba przyznać, że Mężu ma jednak tutaj jedną stałą zasadę- otóż – nic nie leży na swoim miejscu i nigdy tam nie wróci. Nie raz zbieram po podwórzu narzędzia, z pola łopaty i grabie, nie wspomnę o wiadrach( nigdy nie wiem, skąd ich tyle bierze). Z powodu wiader mam nawet małą manię prześladowczą. Ponieważ są plastykowe i nie wtapiają się w otoczenie, dostaję szału, gdy leżą w bezładzie. Nie jestem porządnisią. Jednak życie w ładzie jako takim jest koniecznością sprawnego funkcjonowania. Nie pedantyzm, tyko pragmatyzm. Mężu potrafi zapuścić nawet pędy ziemniaka do sufitu w swoim aucie, do którego nie wchodzę. Powzięłam też radykalną decyzję, że nie wchodzę do roboczych garaży w gospodarstwie. Mogę śmiało powiedzieć, że porządek występuje tam dwa razy w roku. Na początku sezonu i na koniec, kiedy na Dożynki organizujemy potańcówkę.

I oto – my właśnie zgodni w codziennej niezgodzie na porządek i nieporządek, wybieramy spośród wymienionych rzeczy ze statku 9 na 10 te same! Jedyną niezgodnością był u niego piecyk, a u mnie taka fanaberia- papier toaletowy. Później trzeba było uporządkować rzeczy hierarchicznie od najważniejszej po najmniej istotną. Pierwsze sześć tak samo! ( 40 litrów wody, nóż, zapałki, race, strzelba, apteczka…)

Tak, wzięliśmy też whisky:) Przyda się bardzo przy takich różnicach… I teraz jak to jest, skoro jest tak dobrze, to skąd tak często na co dzień „gra o przetrwanie”? Ks. Piotr Pawlukiewicz powiedział, że konflikt w małżeństwie powstaje dlatego, że kobieta zarzuca facetowi, że jest facetem, a facet kobiecie, że jest kobietą. Odwiecznie Mars i Wenus…

Koniec Wielkiego Postu

Hurra, udało się! Nie dałam się złamać, a powodów było wiele, jakby na złość?

Już w pierwszym tygodniu pęknięta rura grzewcza. Dalej poważna naprawa auta. Zniszczona bluzka to oczywiście szczegół. Idźmy dalej – zgubiony ulubiony złoty kolczyk. Tu już nie za bardzo, prawda? Ciężki rotawirus u całej trójki, nocne wymioty małej. No i to oczywiście nie wszystko, w Wielki Czwartek siada nowa pralka. Nie dziwne to wszystko? Nawet pralka mnie nie pokonała, choć nie powiem przygnębiła.. Jak nie z tej strony, no to może znowu samochód? Żywica spadła na lakier, dwie smugi. No nie pamiętam takiej listy hitów, od dość dawna. I czy nie były to pokusy, by jednak wypić słusznego drinka?

Łatwo nie było. Z moim mało zdyscyplinowanym charakterem w kwestii wyrzeczeń to spore osiągnięcie.

Lodówka pełna. Pojawiły się nawet trzy eksperymenty. Fakt, nie wychodziłam dziś z kuchni. Powstały jednak i cztery ciasta i trzy sałatki i żurek i krokiety, żeberka z kapustą. Jak już tak stałam przy tej kuchni, no byłoby dziwne nie zrobić dzieciakom pizzy. A na koniec hit na świąteczne śniadanie – tort wątróbkowy. Sama jestem ciekawa jak wyszedł.

Co roku mówię, że gdzieś wyjedziemy na te święta.. Za rok na Filipiny chyba🤣

Życzę Wam Kochani z okazji Świąt Wielkanocnych dużo zdrówka, radości oraz Błogosławieństw płynących ze Zmartwychwstania Pańskiego. 🌷🌷🌷

Figle, żarty, psoty

Ostatnią małą psotę, jaką pamiętam, spłatałam ja sama i to kilka dni temu. Otóż wspięłam się na wyżyny swojej przebiegłości i aby przechytrzyć gagatka, który ciągle zwiewa z zajęć, poprosiłam przemyślnie, by wypakował swoje rzeczy i zostawił sobie wodę i kanapki po czym … zabrałam plecak z przemiłym oczywiście uśmiechem.

Zadowolona z siebie, jednak wyczułam, że coś nie gra i coś gagatek skrada się do moich drzwi za wcześnie i pod nimi stoi. Wychodzę, patrzę – a tam, klamka od drzwi w wyrafinowany sposób, bo malutkimi kropeczkami, oblepiona jest białą… plasteliną. Do zajęć z gagatkiem jeszcze godzina, myślę sobie: Ha, wyzwanie przyjęte! Wyciągnęłam z wielkiej paki z książkami ścinki z niszczarki, które użyto, zamiast folii bąbelkowej i… wypchałam gagatkowi tą zawartością rękawy kurtki. Ależ się zdziwił. Śmiechu było niemało. Teraz choć w kapturze na głowie kłania się w pas. Widocznie zasłużyłam na szacun.

Ciekawe czy znowu zwieje?

Dziś niania opowiadała, że skradziono jej grabki z cmentarnego schowka, zaś wcześniej wkłady. Pomyślała więc, że zostawi tam kartkę z treścią: Ty hieno cmentarna.

Czy hiena przyjdzie?

Oczami młodszego Bojownika

Czas poznać Zajętego Tatę..

Z zeszytu ucznia…

Ojciec, bo tak do niego mówię, kiedy wszyscy mamy dobry humor – ma więcej niż lat czterdzieści. Potrafi zrobić niezła aferę o niezjedzony bigos albo fasolkę po bretońsku, która czeka w lodówce od czterech dni. Sam jako dziecko był niejadkiem i płakał do zupy. Ojciec słynie z poczucia humoru i robienia gigantycznego bałaganu w 3 minuty. Jest zwariowanym tatą naszej trójki. Ma na imię Adam.

Czasy, kiedy ojciec był szczupły dawno minęły i choć tata dużo mówi na temat zdrowego odżywiania, to zawsze wyjada nutellę do czysta dwoma łyżkami. Ojciec jest smakoszem, jego śniadanie to pączek albo makowiec i puszka coli. Nie trzeba mówić, że jego brzuch wystaje za pasek. Dobrze, że jest wysoki, bo nie widać w ubraniu tak wyraźnie jego masy. Ma też śmieszny przyspieszony chód. Do tej pory jego włosy są gęste. Tatę wyróżnia jeszcze duży nos i błękitne oczy. Przez słodycze niestety popsuły mu się zęby, niechętnie je „reperuje”. Tata wygląda przyzwoicie, gdy się gdzieś wybiera, ale zwykle nosi ubranie robocze i nie przejmuje się wyglądem. Lubi nosić brudne gumowce i przekrzywioną czapkę.

Ojciec potrafi rozpętać trzecią wojnę światową , czyli łatwo się denerwuje, ale zwykle jest potulny jak baranek i wszyscy go lubią. Tata potrafi robić niezłe kawały, lubi się pośmiać i powygłupiać. Kiedyś nabrał mamę, że poszedł w kalesonach do sąsiada oddać mu paczkę. Lubi grać na gitarze i śpiewać. Dobrze gra w karty. Jest na pewno pomysłowy i zaradny. Nie można się z nim nudzić. Tata z zawodu jest sadownikiem. Dobrze zajmuje się swoją pracą. Potrafi w sekundę zerwać dziesięć czereśni z ogonkami. Czasami może być mocno zakręcony i na przykład ubrać do miasta buty z dwóch różnych par.

Myślę, że mój ojciec jest nietypowy, dobry i wrażliwy. Cieszę się, że mam takiego tatę.

Pycha

Są ludzie najfajniejsi na świecie, to ma nawet swoją współczesną potoczną nazwę, może nieładną, ale bardzo trafną…

Pycha. Tego mamy dużo co dzień na talerzu. Może to nasze danie główne?

Mocujemy się z ludźmi, z życiem. Okoliczności naginamy do swoich potrzeb. O wszystkim mówimy: ja, mój, moje. Kiedy ktoś opowiada ci o swoim życiu, ty już czekasz, by przebć go swoim przykładem, powiedzieć : „Ale …” i zmazać całą wartość tego, co powiedział ktoś. „Bo ja..” Nie słuchasz, tego czym chce się z tobą podzielić drugi człowiek. Twoje ma być na wierzchu. Ty musisz być lepszy w czymkolwiek, ale ty, właśnie ty.

Jest też ukryta pycha. Pod pozorem utyskiania szukamy poparcia dla swoich dążeń, pracy, wyglądu. Narzekając na siebie, oczekujemy od innych komplementów. Znasz to zjawisko? Może nie wiedziałeś o tym – tak, to jest zakamuflowana pycha.

I wreszcie jawna pycha. Taka, która niczego się nie boi, wchodzi na salony po czerwonym dywanie. „Bo jak nie ja, to kto”, „Wszystko w moich rękach”, tak po ludzku, to tak – w twoich, ale to tylko twój planer, Bóg może mieć wobec ciebie inny zamiar i tak po ludzku sam, możesz w którymś momencie nie dać rady.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Mt 5, 5

Świadectwo

W kwestii wiary czuję się teraz trochę jak chrześcijanie w czasach rzymskich. Wyznajesz -na krzyż. Nadeszły czasy, w których trzeba mieć odwagę, by się przyznać do wiary i przygotować na cios.

To nie w modzie jest wierzyć, tym bardziej chodzić do kościoła. Teraz jest moda na to, aby raczej kościół szkalować. Nie trzeba chodzić do kościoła, by być dobrym człowiekiem, można też do niego chodzić, a pod płaszczykiem pobożności robić rzeczy podłe w swoim domu, środowisku. Nie trzeba od razu kogoś okraść czy zabić, wystarczy nie widzieć belki w swoim oku.

O tym dzisiaj nie mówię, antyprzykładów katolików i bezbożnych księży jest wiele. Jednak jest też wielu wielkich kapłanów, charyzmatycznych, uduchowionych, często słucham ich konferencji. Może ktoś nigdy do takiej nie sięgnął, może ktoś nigdy nie usłyszał żadnego świadectwa. Krótko powiem o swoim.

Wszystko się zmieniło, w czasie kiedy moja teściowa umierała. Była osobą bardzo wierzącą i bardzo zależało jej na naszym nawróceniu. Chodziliśmy do kościoła, ale przyznam, że niedziela była dla mnie najgorszym dniem tygodnia. Całe wyjście z dziećmi do kościoła rodziło zawsze napięcia i konflikty, na tyle że potrafiliśmy pokłócić się z mężem przed samym kościołem i do niego nie wejść, rozejść się każde w swoją stronę. Nie trzeba mówić jak wyglądała dalsza część dnia. Działo się tak bardzo często.

Dziwnym trafem mój mąż bez mojej wiedzy zaczął poszukiwać wspólnoty. Mieliśmy poważne przejścia życiowe. Ja w tym samym czasie modliłam się o dobrych ludzi i prawdziwych przyjaciół na naszej drodze, gdyż wszystkie nasze kontakty były powierzchowne i raczej „zabawowe”. W rodzinie nigdy nie było oparcia, z żadnej ze stron. Dziwne trochę, że się modliłam, bo wtedy nawet nie umiałam tego robić. Nie znałam koronki czy różańca, w ogóle wzdychałam głęboko, gdy słyszałam Boże Słowo, był to dla mnie niezrozumiały język.

Wiele się od tamtego czasu zmieniło, wiele się nauczyłam, choć myślałam, że to nie dla mnie. A jednak ilekroć upadam, okazuje się, że to jest właściwa dla mnie droga. Niełatwa, ale dla mnie.

„Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze twoje nad tobą, niech obdarzy swą łaską . Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem” ( Lb 6, 24-26).

Sobota – dzień wolny…

„W odpowiedniej temperaturze pali się wszystko. Drewno. Ubranie. Ludzie. W temperaturze dwustu pięćdziesięciu stopni zapala się cię ciało. Skóra czernieje i pęka” – i na to wchodzi mąż. Tyle ze wstępu powieści Becketta „Zapisane w kościach”, tyle się naczytałam…

Ukryłam się z kawą i nie ukrywam – mała czekoladką w sypialni, pod kołderką. I myślę sobie – ach, to nic, że sobota, że idą święta. Rozpocznę dzień od książki. Na to on – mąż, po pierwsze przerwał 3- minutową ciszę, po drugie zjadł mi czekoladkę, po trzecie sprowadził posiłki, w postaci małej Heli z piłką. Co ma robić Hela? A co ma robić piłka? Piłka, jak to piłka wleciała zaraz pod lóżko, w najciemniejsze miejsce, właśnie tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Oczywiście operacja wydobywania piłki musiała się rozpocząć. Była głośna i niepozbawiona dziecięcych emocji. Kawa rzecz jasna już wystygła, podobnie wizja błogiego poranka.

Natomiast wizja prawdziwej soboty objawiła się w pełnej odsłonie…

Przesłodka księżniczka ma pełno próśb i życzeń. Chłopcy są głodni, dom prosi o gruntowny porządek, a mąż przyszedł bo jak twierdził, chciał się przytulić. Ileż to jedno „chcenie” może za sobą pociągnąć okoliczności, jaki splot zdarzeń i efektów…

Ostatnio pasują mi dobre thrillery, ponieważ Beckett pisze bardzo literacko, to nawet jego makabryczne pomysły są do przyjęcia. Bardzo dobrze wykorzystanym czasem na książkę były „Jaskółki z Czarnobyla”. co zaś do seriali, to oczywiście skandynawskie produkcje- rewelacyjne „DNA”, wciągający serial na Netflix – „W pułapce” albo świetny polski serial na podstawie powieści Cobena „W głębi lasu” z ulubionym Grzegorzem Damięckim w roli głównej. Hmm, a może dziś uda mi się obejrzeć z nim jakąś sztukę teatralną, wszak dziś Dzień Teatru i w dniach 26-28 i zapowiada się wyjątkowy weekend w sieci www.youtubednikultury.pl.

Biorąc pod uwagę jego narrację w audiobooku „Paprocany” Pauliny Świst…. Poszperam, oderwę się, nie będę pragmatyczna…

Głównie czytam książki wartościowe pod względem literackim, duchowym, psychologicznym. Może wymagające, jednak odkrywające pokłady emocji, przemyśleń, budujące tożsamość. Za dużo myślę to wiemy, w połączeniu z tym, że za dużo robię powstaje sprzężenie zwrotne. Taka elektrownia atomowa, może w każdej chwili mieć awarię, nie mówiąc o wybuchu!

Szkoda, że czas nie jest elastyczny… Chciałabym wszystko robić wolno…ale mi nie wolno…